poniedziałek, 29 sierpnia 2011

epizod I: jak zacząć

No właśnie. To zawsze aktualne i trafne pytanie - jak zacząć?
Dla mnie początek okazał się dość traumatyczny, co było z kolei nielada zaskoczeniem. Trzy noce przed wyjazdem spałam bardzo źle, dwa dni prawie nie jadłam, płakałam. Naprawdę, jak przedszkolak. Ale jednak układanie sobie życia w zupełnie nowym miejscu, gdzie dzicy ludzie mówią swoim barbarzyńskim językiem, to trochę wyzwanie. Zaczynałam nawet wątpić czy to w ogóle zrobię, a z lotniska miałam ochotę uciec co najmniej trzy razy (zwłaszcza wtedy, kiedy okazało się, że czeka mnie dość poważne przepakowywanie - bo skąd niby miałam wiedzieć co się pakuje, wyjeżdżając na dwa lata?). W każdym razie przynajmniej Fokker 50 okazał się wcale nie taki straszny. Przy okazji oflagowałam ryżański port lotniczy (w nie takim jak zwykle sensie) i bezpiecznie dotarłam na lotnisko Helsinki, Vantaa. Tam z kolei najadłam się trochę strachu, kiedy moja walizka przez 20 minut nie pojawiała się na taśmie. To natomiast zaćmiło mi umysł na tyle, że zamiast do wyjścia poszłam do innego terminala (a może terminalu?). Pomijając już niemal kilometrową wędrówkę z bagażem o wadze jakichś czterdziestu kilogramów, pojawił się także inny problem. Musiałam wytłumaczyć swojemu wspaniałemu hostowi, który wyjechał po mnie na lotnisko (<3), gdzie jestem - czego właściwie nie wiedziałam. Jednak i z tym sobie poradziliśmy.
Wbrew przewidywaniom i oczekiwaniom wszystkich moich znajomych, Finlandia przywitała mnie słońcem i upałem. A ja z kolei Finlandię przywitałam jak zwykle - z butelką w ręku. Korzystając z cudownej pogody i wciąż stosunkowo długiego dnia (teraz słońce zachodzi w Helsinkach około 21), wybraliśmy się na piknik do parku, o którym nie mam pojęca gdzie jest ani tymbardziej jak się nazywa. Było sporo ludzi, jedzących i pijących (to wspaniałe, że chociaż w Finlandii picie alkoholu w miejscach publicznych jest zabronione, zakaz ten nie obowiązuje przy piknikowaniu! Albo przynajmniej policja wtedy nie reaguje), aż do chwili, kiedy nie włączyły się spryskiwacze. Wtedy park natychmiast opustoszał, a my przenieśliśmy się do jakiegoś klubu - podobno najbardziej teraz topowego. Tam znowu pobiłam swój rekord - 7 eurosów za piwo! Nic jednak nie zdziwiło mnie aż tak, jak kolejka do taksówek. Baaaardzo długa kolejka.
Niestety przesadziłam trochę z tym "na żywo". Stream to to nie jest. Ale mam teraz tyle rzeczy na głowie, tyle spraw do załatwienia i ogarnięcia (na przykład ceny biletów - kupiłam dzisiaj, różową!, kartę miejską i chciałam tak, żeby było taniej, jednak w rezultacie zamiast 2,5 euro za podróż do Vantaa zapłaciłam 3,73 euro. A mogłam, tak jak wczoraj zrobiłam to przypadkowo, oszukać państwo fińskie i kupić bilet na jedną tylko strefę!). Przeżyłam już także pierwsze starcie z fińską iurokracją. Jest ona mniej więcej tak samo rozbudowana jak polska, jednak - na całe szczęście - dużo przystępniej i zmyślniej zorganizowana.
Otóż, muszę zarejestrować pobyt. I za radą uniwersyteckiego orientation handbook udałam się w tym celu na drugi koniec świata od Vantaa (naprawdę przydałyby się mapki): prawie pół godziny samochodem do centrum i dwadzieścia minut kolejką podmiejską mówią same za siebie. I ogólnie 5 euro w plecy. Czekałam trzy godziny w warunkach istnej wieży Babel - serio, tyle języków i kolorów skóry, że niemal rozbolała mnie głowa - tylko po to, żeby dowiedzieć się, że pan mnie nie może zarejestrować, bo pomieszkuję w Vantaa. Dlatego jutro czeka mnie kolejna wycieczka na komisariat policji. I takie tam.
(Mam tylko nadzieję, że będę mogła pospać dłużej niż do 6 - nie wyspałam się już co najmniej od tygodnia, a przecież jeszcze nie zaczęły się zajęcia!)
A od jutra będzie działał mój uczelniany adres mailowy - kinga.polynczuk@helsinki.fi. To dużo wygodniejsze niż @poczta.student.uw.edu.pl, czyż nie?
Byłam dzisiaj w uniwersyteckim centrum naukowym: trochę moloch, w ogóle milony budynków, ale myślę, że dam radę to ogarnąć. Tak jak - jakmiś cudem - daję sobie radę w centrum Helsinek: idąc na chybił trafił, trafiam do celu. Nowe miasto to zawsze coś niezwykłego.
A wiecie co jest chyba najważniejsze?
To, że siedząc dzisiaj chwilę na schodach przy Placu Senackim, poczułam się szczęśliwa: to dziwne miasto, dzicy ludzie, 19-letni żołnierze kwestujący na ulicach, porty, które jakimś cudem nie śmierdzą rybą (dobrze, cud polega na tym, że nie cumują tam kutry rybackie), te wszystkie napisy, których nie rozumiem - za jakiś czas to wszystko będzie przecież naprawdę MOJE.
A przecież właśnie tego chciałam.
Nieważne nawet, że teraz pada.

piątek, 19 sierpnia 2011

let's get this party started

Pozdrawiam Was ciule! (tak, wiem, że stare, czerstwe i powtarzam to przy każdej możliwej okazji, ale: cytat ten wciąż mnie szalenie bawi)

Na wstępie do wstępu chciałabym przeprosić wszystkich, na których wiadomości ostatnio nie odpowiadam. To nie ze złej woli! Po prostu zakopałam się gdzieś między 80 stroną książki o polskim alpinizmie (tak, dzięki uprzejmości Pewnego Dobrego Pana w czasie wakacji dorabiam tłumacząc historię polskiej wspinaczki wysokogórskiej) a poszukiwaniem zakwaterowania w Helsinkach. Swoją drogą dość zabawna sprawa: zdaje się, że w stolicy Finlandii chętnych do mieszkania jest więcej niż samych mieszkań.
Zapamiętać: nigdy nie zakładać, że wszystko się jakoś ułoży i samo załatwi.
Co prawda w moim przypadku taktyka ta jeszcze nigdy nie zawiodła (przypomina mi się tutaj zabawna historyjka, kiedy jadąc na krzywy ryj do Sztokholmu, załapałam się na nocleg w najbogatszych przedmieściach miasta, w domu jednego z posłów Zielonych i właścicielki dość prężnie działającego wydawnictwa), jednak nie powinnam już więcej kusić losu.
Zdaje się również, że kryzys mieszkaniowy został już w moim wypadku zażegnany. Przygotowałam właściwie plan awaryjny (nocleg gdzieś w parku lub na moście - bo pod mostem nie można, tam atakują dzikie zwierzęta - w nowej błękitnej walizce i prysznic kilka razy w tygodniu gdzieś w obiektach sportowych Uniwersytetu Helsińskiego), jednak chyba nie będę musiała wprowadzać go w życie.
Dzięki przypadkowi, niesamowitej zdolności kombinowania i - kiedy trzeba - dryfowania z prądem, a nie przeciw niemu, w Internecie znalazłam współlokatora. Nie żartuję. On naprawdę istnieje. I chociaż, bez złych intencji, określiłam jego funkcję "frajer-emisariusz" (serio, ja bym się chyba pogniewała), współpraca potoczyła się nam dosyć gładko. Napisałam do niego, znalazłam ofertę wynajmu mieszkania (albo znaleźliśmy ją niezależnie od siebie), on tam poszedł, właściciele go pokochali, podpisał umowę. Mateuszu, bardzo chciałabym już Cię poznać!
Jest tylko taki mały problem, że możemy się wprowadzić dopiero na początku października. A ja będę w Helsinkach już 27. sierpnia. Jednak i z tej sytuacji znalazłam wyjście. Przynajmniej do momentu, kiedy nic się nie zmieni. Pewien przemiły fiński pracownik socjalny (z dużym doświadczeniem w branży medialnej) zaoferował mi jeden z pokoi w swoim mieszkaniu w Vantaa. (Chyba powinnam przygotować jakieś poglądowe mapki.) Ostrzegł mnie jednak, że w tym samym domu mieszkają jego podopieczni i chociaż w jego mieszkaniu będę CAŁKOWICIE bezpieczna, to sąsiedzi mogą czasami urządzać jakieś jazdy. Jednak ja - jak wiadomo, naiwna, nierozważna i całkowicie pozbawiona strachu przed ludźmi - wcale się tym nie zniechęciłam. Powiem więcej - w końcu będę mogła sprawdzić się w roli Chrystusa i strasznie mnie ta perspektywa jara. Poza tym Przemiły Pracownik Socjalny zaoferował mi darmowe podwózki do i z centrum Helsinek (jakieś 12 km, co przy moich warszawskich wojażach z Bielan jawi się jako krótka przebieżka) oraz pobyt tak długi aż znajdę sobie coś własnego (oczywiście w rozsądnych granicach). Oczywiście za darmo. Trzymajmy więc kciuki i miejmy nadzieję, że wszystko wypali!
Inna ciekawostka z mojego życia: otrzymałam wczoraj dwie przesyłki z nowej Alma Mater (mogę tak w ogóle powiedzieć?). Jedna z nich zawierała jakieś szalone dokumenty (jedyna ważna rzecz to to, że wpisali mi następujący adres zamieszkania: Białystok, Mońki, Poland. Fascynujące, biorąc pod uwagę fakt, że Mońki to moje miejsce urodzenia), a druga - Orientation Handbook. Najwspanialsza informacja tam zamieszczona to nazwa uniwersyteckiego intranetu: Alma/Flamma. Te fińskie nazwy są takie niesamowite! Wyobraźcie sobie: właśnie siedzę we Flammie. Prawie jak Hogwart! A mój nowy USOS nazywa się WebOodi. Napisali, że wygląd jest spersonalizowany według macierzystego wydziału. Zastanawiam się, czy mój może przypadkiem będzie różowy. No i jeszcze mój absolutny faworyt: HOPS - indywidualny plan zajęć. "Pracować nad HOPSem" brzmi jak "pracować nad dropsem". Albo jakiś napój wyskokowy. Cudnie!
Tak, moje życie jest ostatnio prawdziwie fascynujące.

Tak już na koniec, chciałam się z tego bloga wytłumaczyć. Otóż ostatnio pomysł prowadzenia czegoś takiego podsunęła mi Ula. I chociaż wcześniej sama na niego wpadłam - czytając jakiś poradnikowy artykuł na temat radzenia sobie z tęsknotą za domem - to właśnie to była mobilizacja ostateczna. Ciekawe też, ile czasu uda mi się z tym wytrzymać. Jako szalona nastolatka prowadziłam bloga przez, bodaj, trzy lata, a jako zakochana szalona nastolatka (kolejna z ciągle powtarzanych historii - moja największa i jedyna prawdziwa miłość, którą przeżyłam w wieku 14 lat) przez rok pisałam raczej monotematyczny pamiętnik.
No cóż - zobaczymy. Naiwnie zakładam, że moje życie stanie się nagle niesamowicie fascynujące i ekscytujące, a anegdotami będę sypać jak z rękawa. Tak naprawdę, to i chciałabym, i boję się (a najbardziej przeraża mnie lot Fokkerem 50 - http://picasaweb.google.com/lh/photo/F1Cwp2DwjlUTSk5VtKSIWA, serio), ale "kto nie ryzykuje, ten w kozie nie siedzi" (wiem, że akurat to powiedzenie - o ile w ogóle istnieje - pasuje w tym kontekście jak pięść do nosa, a jednak nie mogłam się powstrzymać).

Aha, i najważniejsze:
IT'S OFFICIAL - będę miała gdzie mieszkać od października do końca stycznia, więc wtedy na pewno mogę ugościć rozsądną liczbę odwiedzających!

Karaluchy do poduchy.