piątek, 19 sierpnia 2011

let's get this party started

Pozdrawiam Was ciule! (tak, wiem, że stare, czerstwe i powtarzam to przy każdej możliwej okazji, ale: cytat ten wciąż mnie szalenie bawi)

Na wstępie do wstępu chciałabym przeprosić wszystkich, na których wiadomości ostatnio nie odpowiadam. To nie ze złej woli! Po prostu zakopałam się gdzieś między 80 stroną książki o polskim alpinizmie (tak, dzięki uprzejmości Pewnego Dobrego Pana w czasie wakacji dorabiam tłumacząc historię polskiej wspinaczki wysokogórskiej) a poszukiwaniem zakwaterowania w Helsinkach. Swoją drogą dość zabawna sprawa: zdaje się, że w stolicy Finlandii chętnych do mieszkania jest więcej niż samych mieszkań.
Zapamiętać: nigdy nie zakładać, że wszystko się jakoś ułoży i samo załatwi.
Co prawda w moim przypadku taktyka ta jeszcze nigdy nie zawiodła (przypomina mi się tutaj zabawna historyjka, kiedy jadąc na krzywy ryj do Sztokholmu, załapałam się na nocleg w najbogatszych przedmieściach miasta, w domu jednego z posłów Zielonych i właścicielki dość prężnie działającego wydawnictwa), jednak nie powinnam już więcej kusić losu.
Zdaje się również, że kryzys mieszkaniowy został już w moim wypadku zażegnany. Przygotowałam właściwie plan awaryjny (nocleg gdzieś w parku lub na moście - bo pod mostem nie można, tam atakują dzikie zwierzęta - w nowej błękitnej walizce i prysznic kilka razy w tygodniu gdzieś w obiektach sportowych Uniwersytetu Helsińskiego), jednak chyba nie będę musiała wprowadzać go w życie.
Dzięki przypadkowi, niesamowitej zdolności kombinowania i - kiedy trzeba - dryfowania z prądem, a nie przeciw niemu, w Internecie znalazłam współlokatora. Nie żartuję. On naprawdę istnieje. I chociaż, bez złych intencji, określiłam jego funkcję "frajer-emisariusz" (serio, ja bym się chyba pogniewała), współpraca potoczyła się nam dosyć gładko. Napisałam do niego, znalazłam ofertę wynajmu mieszkania (albo znaleźliśmy ją niezależnie od siebie), on tam poszedł, właściciele go pokochali, podpisał umowę. Mateuszu, bardzo chciałabym już Cię poznać!
Jest tylko taki mały problem, że możemy się wprowadzić dopiero na początku października. A ja będę w Helsinkach już 27. sierpnia. Jednak i z tej sytuacji znalazłam wyjście. Przynajmniej do momentu, kiedy nic się nie zmieni. Pewien przemiły fiński pracownik socjalny (z dużym doświadczeniem w branży medialnej) zaoferował mi jeden z pokoi w swoim mieszkaniu w Vantaa. (Chyba powinnam przygotować jakieś poglądowe mapki.) Ostrzegł mnie jednak, że w tym samym domu mieszkają jego podopieczni i chociaż w jego mieszkaniu będę CAŁKOWICIE bezpieczna, to sąsiedzi mogą czasami urządzać jakieś jazdy. Jednak ja - jak wiadomo, naiwna, nierozważna i całkowicie pozbawiona strachu przed ludźmi - wcale się tym nie zniechęciłam. Powiem więcej - w końcu będę mogła sprawdzić się w roli Chrystusa i strasznie mnie ta perspektywa jara. Poza tym Przemiły Pracownik Socjalny zaoferował mi darmowe podwózki do i z centrum Helsinek (jakieś 12 km, co przy moich warszawskich wojażach z Bielan jawi się jako krótka przebieżka) oraz pobyt tak długi aż znajdę sobie coś własnego (oczywiście w rozsądnych granicach). Oczywiście za darmo. Trzymajmy więc kciuki i miejmy nadzieję, że wszystko wypali!
Inna ciekawostka z mojego życia: otrzymałam wczoraj dwie przesyłki z nowej Alma Mater (mogę tak w ogóle powiedzieć?). Jedna z nich zawierała jakieś szalone dokumenty (jedyna ważna rzecz to to, że wpisali mi następujący adres zamieszkania: Białystok, Mońki, Poland. Fascynujące, biorąc pod uwagę fakt, że Mońki to moje miejsce urodzenia), a druga - Orientation Handbook. Najwspanialsza informacja tam zamieszczona to nazwa uniwersyteckiego intranetu: Alma/Flamma. Te fińskie nazwy są takie niesamowite! Wyobraźcie sobie: właśnie siedzę we Flammie. Prawie jak Hogwart! A mój nowy USOS nazywa się WebOodi. Napisali, że wygląd jest spersonalizowany według macierzystego wydziału. Zastanawiam się, czy mój może przypadkiem będzie różowy. No i jeszcze mój absolutny faworyt: HOPS - indywidualny plan zajęć. "Pracować nad HOPSem" brzmi jak "pracować nad dropsem". Albo jakiś napój wyskokowy. Cudnie!
Tak, moje życie jest ostatnio prawdziwie fascynujące.

Tak już na koniec, chciałam się z tego bloga wytłumaczyć. Otóż ostatnio pomysł prowadzenia czegoś takiego podsunęła mi Ula. I chociaż wcześniej sama na niego wpadłam - czytając jakiś poradnikowy artykuł na temat radzenia sobie z tęsknotą za domem - to właśnie to była mobilizacja ostateczna. Ciekawe też, ile czasu uda mi się z tym wytrzymać. Jako szalona nastolatka prowadziłam bloga przez, bodaj, trzy lata, a jako zakochana szalona nastolatka (kolejna z ciągle powtarzanych historii - moja największa i jedyna prawdziwa miłość, którą przeżyłam w wieku 14 lat) przez rok pisałam raczej monotematyczny pamiętnik.
No cóż - zobaczymy. Naiwnie zakładam, że moje życie stanie się nagle niesamowicie fascynujące i ekscytujące, a anegdotami będę sypać jak z rękawa. Tak naprawdę, to i chciałabym, i boję się (a najbardziej przeraża mnie lot Fokkerem 50 - http://picasaweb.google.com/lh/photo/F1Cwp2DwjlUTSk5VtKSIWA, serio), ale "kto nie ryzykuje, ten w kozie nie siedzi" (wiem, że akurat to powiedzenie - o ile w ogóle istnieje - pasuje w tym kontekście jak pięść do nosa, a jednak nie mogłam się powstrzymać).

Aha, i najważniejsze:
IT'S OFFICIAL - będę miała gdzie mieszkać od października do końca stycznia, więc wtedy na pewno mogę ugościć rozsądną liczbę odwiedzających!

Karaluchy do poduchy.

3 komentarze:

  1. Piszesz zupełnie inaczej niż mówisz - to takie urocze :) Daj czasem poznać, że to Ty jesteś autorką wpisów ;)
    I nie mogę się już doczekać filmików: 'na żywo z doliny muminków' ;)
    ~ jeżofil

    OdpowiedzUsuń
  2. Kinga,masz zamiar być dziennikarką,wiec potraktuj tego bloga jako niezbędną praktykę:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Yhm, a Was jako skazaną na mnie publikę :D Spoko, ja bardzo chciałabym sobie tak utrwalić różne rzeczy - trzeba jedynie założyć, że jakiekolwiek będą mi się przytrafiały!
    BUKUjcie bilety i odwiedzajcie mnie niedługo! <3

    OdpowiedzUsuń