piątek, 18 listopada 2011

epizod VII: wizje i re-wizje

Panorama w pikselach
Dzisiaj Helsinki przebrały się na Święta. I to nie tak, że wystawy sklepowe (w Lidlu Joulu trwa już, bodaj, od trzech tygodni) wypełniły się Mikołajami, bałwankami i choinkami. To już tak naprawdę, na serio, zapłonęły kolorowe światełka, a na słupach zawisły śnieżynki w skali 100000000000000000000000:1. Tylko takiego prawdziwego śniegu wciąż brak. Niby zapowiadają na niedzielę, ale temperatura nieustannie oscylująca w granicach +5 stopni zdaje się temu przeczyć. W Laponii jednak podobno spadła już poniżej -10. W Helsinkach całkiem często świeci słońce. Ale tylko wtedy, kiedy nie jest ciemno. A ciemno jest codziennie od 15.30 do 9.00 następnego ranka. 
To tak, "tytułem wstępu", dla tych, którzy wieszczyli mi przyszłość w krainie wiecznej zimy. Otóż: nie. In your face.
Suomenlinna I

No, ale o tych świętach to nie bez przyczyny. Za cztery tygodnie - bez jednego dnia - przyjeżdżam do Polski. Co oznacza, że w Finlandii jestem już od trzech miesięcy (bez dziewięciu dni). 
[I, wierzcie lub nie, ale moja ekscytacja z tego powodu nie maleje. Może nieco rzadziej dociera do mnie jak bardzo jestem szczęśliwa, ale jak już dotrze, to tak, jakby obuchem.]
"Jak ten czas leci!" chciałoby się zakrzyknąć frazesem. No, ale to fakt. Kiedy przyjechałam, było jeszcze lato (akurat ostatni dzień, w którym nawet w nocy dało się nie-zamarznąć w podkoszulku z krótkim rękawem), a poza tym nie miałam gdzie mieszkać. Nie to, żebym się bała czy coś, ale najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam co mnie czeka. 

A akurat przypadkiem czekało na mnie kilka dobrych rzeczy. Bardzo dobrych. Takich, które (raczej) nie zmieniły mnie, ale moje życie postawiły na głowie. Przepraszam, jednak nie mogę się oprzeć temu drobnemu podsumowaniu. 
Suomenlinna II

 I. Tak, wiem, jestem monotematyczna. Ale co poradzę na to, że mój system wartości został (najzwyczajniej w świecie) wywrócony do góry nogami. Przypadkowi ludzie przestali się liczyć, a i ci mniej przypadkowi stracili na wartości. Budowanie "nowego życia" w oparciu o jedną tylko osobę jest prawdopodobnie naiwne, kto wie, czy nie zakończy się nawet totalną klęską. Powoli jednak wykorzeniam swój młodzieńczy cynizm. I wiecie co? Jest mi z tym bardzo szczęśliwie i coraz mniej się boję.

Porvoo I
II. Nie chcę oceniać, czy to kondycja permanentna, czy raczej stan przejściowy, ale ograniczenie studenckiego życia korzystnie wpływa na poziom mojego zadowolenia z samej siebie. W moim przypadku kac równa się zawsze wyrzutom sumienia. A także ogólnej apatii połączonej z fizyczną niezdolnością do cze-go-kol-wiek, potęgującej dodatkowo wyrzuty sumienia. Straszny constans. Nic dziwnego, że pomimo ogromnych ilości wolnego czasu, wciąż miałam zaległości (wzmacniające, o zgrozo, wyrzuty sumienia). 
Teraz wyrabiam się ze wszystkim. I, tak, jestem z siebie bardzo dumna.
Porvoo II


III. Myślałam, że mam już ściśle określone plany na przyszłość. Koniec szkoły, kariera w mediach. Jednak dzięki przełamaniu nienawiści wobec studiów i odnalezionej na nowo pasji uczenia się (i nie chcę już rozwodzić się nad tym jak mądrych mam wykładowców, porywające zajęcia i interesujące przedmioty - chociaż, niewątpliwie, to w wielkiej mierze właśnie ich zasługa), odważyłam się nieco zrewidować swoje plany zawodowe. Krótko: raczej jednak nie zostanę dziennikarką. Dłużej: świat jest na tyle fascynujący, że chciałabym go poznać od podszewki (a jednocześnie rzeczywistość potrafi być na tyle złożona i skomplikowana, że nie czuję się upoważniona, aby ją komukolwiek tłumaczyć). Chwilowo rozważam przede wszystkim dwie możliwości: 
A-kademia,
B-adania rynku medialnego. 
Jednak najpierw pozostałe półtora roku magisterki - wszystko się jeszcze może zmienić.

Finowie kupują samochody pod kolor domów (or other way round)!
O rany, ależ się zrobiłam przeraźliwie nudna! Nie dość, że zaniedbuję życie towarzyskie, cały swój wolny czas poświęcając przytulaniu jednej i tej samej osoby (*no dobra, jutro impreza urodzinowa kolegi, a ja - jako przykładna kura domowa - w ramach prezentu obiecałam upiec 30 muffinków: jeden za każdy rok życia), to jeszcze zakopałam się w książkach, a na dokładkę myślę o rozciągnięciu tego planu na całe moje życie.



Taki chcę, tylko żółty!

Równie dobrze mogłam nic nie pisać, nie psuć swojej - i tak już zszarganej - reputacji, a zamiast tego zostawić was ze zdjęciami z ostatniego miesiąca (Suomenlinna i Porvoo z Mariką, Tallinn - odsłona druga - z Karolcią).

HIGHLIGHTs ostatnich dni:

- święto niepodległości Finlandii (6. grudnia) obchodzić będę na koncercie Patricka Wolfa! No dobra, to już drugi w tym roku, no dobrze, bilet kosztował 30 euro, ale - o rany - przecież to Patrick Wolf!
Zdjęcie robił jakiś Fin. W Tallinnie.

- rozumiem już 85% tego, co mówią do mnie w sklepach. Tyle, że wciąż odpowiadam po angielsku.

- w niedzielę jedziemy do Tampere. Muzeum Muminków (Muumilaakson Museon Tamperella) to moja główna destynacja!

- Dzień Ojca i Dzień Matki to w Finlandii święta państwowe (ergo dni wolne od pracy)! 

Fail.

czwartek, 20 października 2011

epizod VI: odkurzanie

Okolice portu w Helsinkach.
Och!, nie zdawałam sobie sprawy, że aż tyle kurzu sie tu nazbierało. A to dlatego, że ciągle piszę. Nieustannie. To o "hidden wars", to o fińskim systemie medialnym, a to znowu o hybrydyzacji i globalizacji. Czasami wypada tez wspomnieć o ekonomii mediów i matematycznej analizie śmierci (nie wiem nawet jak to się może po polsku nazywać). A jak nie piszę, to czytam: o relacjach medialnych z wojny na Balkanach, o telenowelach jako cultural counter-flow (ewentualnie contra-flow, ale to określenie bardzo mi się nie podoba), o teorii modernizacji albo o imperializmie kulturowym i amerykanizacji. A jak już zupełnie nie piszę, całkowicie nie czytam, to uczę się fińskiego. Wiem już, że w przyszłości chciałabym asun keltainentalossa, ze (nyt) rakastan Teroa, zrozumiałam, że minun syntymäpäivä on heinäkuussa, ale za to zapomniałam, iż jeździ sie na nartach i lepi bałwana talvilla, a nie talvissa. Absolutnie oczarował mnie fakt, ze w Finlandii luty to - dosłownie - perłowy księżyc (helmikuu). Dzisiaj przekonamy sie, czy powyższa wiedza okazała się wystarczająca do przyzwoitego zaliczenia wtorkowego testu. A w razie gdyby nie, zrzucę winę na Tero.
Fiński rybak z żoną.

Puhun vähän suomea.

Dzisiaj jednak jest dzien niezwykły. Nie muszę pisać, nie muszę czytać, nie muszę się uczyć - o ile sama nie zechcę. Zaparzyłam Russian Earl Grey Tea (w Polsce chyba nie byłoby to politycznie poprawne?) w kubku z Bobkiem, zjadłam sałatkę z Lidla (trochę się jej bałam, bo wyglądała okropnie sztucznie - zresztą tutaj wszystko wyglada, co najmniej, nieco nienaturalnie; poika nie rozumie tego mojego strachu i twierdzi, że jest irracjonalny, bo w końcu "jak warzywa mogą być sztuczne?"), wzięłam laptopa i usiadłam przy oknie.

(Swoją drogą to niesamowite jak bardzo wszyscy się myliliście, przewidując natychmiastowe nadejście Buki (zimy)! W Helsinkach temperatura niezwykle rzadko spada poniżej 10 stopni, a obecnie - po wieczornej burzy i porannej ulewie - przez okno wpadają oślepiająco jaskrawe promienie słońca. On aurinkoista. Sää on kaunis (kaunista?)!)

Tam w tle katedra przy Placu Senackim. 
Byłabym koszmarnym Erasmusem. Nigdy wcześniej bym sie do tego nie przyznała, ale to prawda. Nie imprezuję, nie poznaję ludzi, nie piję. Dużo się uczę. Pierwszy raz wyrabiam się ze wszystkim, a zajęcia i zaliczenia nie wydają się stratą czasu. A jak już się nawet nie uczę, to spędzam czas głównie z jedną osobą. Oglądamy filmy, gramy na Xboxie (serio), gotujemy, planujemy wspólne wyjazdy, czasami nawet gdzieś wychodzimy (!) albo zwyczajnie rozmawiamy. I wiecie co? Czuję się całkowicie szczęśliwa. 

Dwa tygodnie temu byliśmy w Tallinnie. Trochę to dawno i już nie bardzo wiem, co napisać. Poza tym, że w czasie rejsu z Helsinek do Tallinna złapał nas ogromny sztorm. Serio. Przesadzili nas z małego, ekspresowego promu do jednego z tych ośmiopokładowych kolosów. A zaraz potem zamknęli wyjścia na górny dek. Yhm, fale się o niego rozbijały. Bujało tak niemiłosiernie, że w pewnym momencie wszystkie kobiety wywiało z restauracji. Do łazienek.
Hotel był elegancki, sauna odpowiednio nagrzana, miasto śliczne, a i pogoda zdecydowanie dopisała. Kupiliśmy dużo ciuchów (wspierając, między innymi, polskich producentów) i chyba jeszcze więcej alkoholu. Poszliśmy na imprezę, upiliśmy i pokłóciliśmy. Tak semi-seriously. Nasza mała tradycja: wyjeżdżamy, upijamy się, kłócimy. Typowe rozrywki Fina przebywającego poza domem.

W najbliższym czasie przyjdzie nam się, bodaj, pokłócić w Tampere, Joensuu i w Polsce.
Do Tampere zaprosił nas pracujący w Nokii znajomy poiki.
W Joensuu chcemy odwiedzić couchsurferkę, która przechowywaliśmy u niego w ostatni weekend.
A Polska w ostatni tydzień roku! O ile nic się nie zmieni, 27.12 przylatuje do Warszawy. Może zostaniemy tam na chwilę? Potem Białystok, a Sylwester prawdopodobnie w Krakowie. Ach!

Po wielu perturbacjach natury formalnej, wreszcie otworzyłam rachunek w fińskiej Nordei. Dostałam już kartę, więc chciałam kupić bilety do Polski na święta. Oczywiście na razie się nie udało. Ale, najpewniej, przylecę 16.12 i zostanę do 12.01. Macie już jakieś plany, pomysły, propozycje?

To właśnie market. Rybny.
Dzisiaj już tylko fiński. A od jutra przerwa jesienna! Do środy chcę się uwinąć z ostatnim esejem (co oznacza, że najpóźniej jutro zaczynam), potem Turku na dzień lub dwa i ... nareszcie ktoś do mnie przyjedzie! Marika, jest tyle rzeczy, które chcę zobaczyć/zrobić w Helsinkach, a na które nie miałam jeszcze czasu. Przygotuj się na muzea, wycieczkę do twierdzy Suomenlinna (to w Helsinkach, tyle że trzeba popłynąć promem), może jeszcze załapiemy się na jakiś market? Koncert, kino, bo tanie? I czwartkowy CouchSurfing Weekly Meeting!

Wciąż jak szalona cieszę się, że tu jestem.

piątek, 30 września 2011

epizod V: jesienne multi-kulti

Złotą polską jesień mamy w Finlandii. I tak, to widok z mojego okna, więc technicznie rzecz biorąc mieszkam w lesie. Drzewa szumią i gubią liście, wiewiórki biegają po chodnikach, samochodów właściwie nie słychać. Tylko samoloty, bo helsińskie lotnisko znajduje się właśnie w Vantaa. Niedługo za to przeprowadzę się do bloku znajdującego się przy najbardziej ruchliwej ulicy Helsinek (a przynajmniej najbardziej ruchliwej spośród tych, które zdążyłam zobaczyć). Tam też jest właściwie spokojnie - w końcu z Helsinek żadna metropolia - ale lasu już nie będzie. No dobrze, będzie. Ale mniejszy i po drugiej stronie ulicy.

Czuję, że to ostatnie chwile mojej - cóż za szumne określenie - wolności. Serio, studiowanie tutaj to nie biwak. Niby nikt nas nie ciśnie ani nie wymachuje nam batem nad głową, ale tempo jest niesamowite. Minęły dopiero cztery tygodnie roku akademickiego (jedynie trzy tygodnie zajęć), a jesteśmy już w połowie period czyli musimy powoli startować z zaliczeniami. Dlatego już od dzisiejszego popołudnia zaprzęgam się w kierat pracy z ambitnym postanowieniem:
- streszczenie na academic writing,
- co najmniej dwa memo na introduction to media and global communication,
- poważny start z esejem global crisis reporting (właśnie, tutaj pojawia się pewien problem - chciałabym wykorzystać do tego polską literaturę, ale nie wiem dokładnie jak tłumaczone jest pojęcie "hidden wars" - ktoś pomoże?),
- fiński, fiński, fiński!

I żadnego X-boxa (rany, spędziłam z poiką cały wieczór grając na tym ustrojstwie - swoją drogą, facet może mieć skończone 30 lat, a i tak wciąż oszukiwać: niezdrowa potrzeba rywalizacji nie mija im z wiekiem), żadnych imprez, żadnych filmów (tutaj muszę nadmienić, że oglądanie islandzkich filmów "dokumentalnych" w fińskich klubach ma naprawdę niesamowity klimat - nordycka nostalgia i melancholia dotyka właściwie podwójnie), żadnych spacerów. I w ogóle nic. Tylko ciężka praca.

Rany, w końcu nie na darmo (i nie za darmo) dostałam od nich całkiem okrągłą sumkę. Chyba dość wysoko mnie ocenili i pierwszy raz w życiu czuję, że naprawdę chcę to udźwignąć. Znaczy się przyłożyć i osiągać dobre wyniki. Zresztą to prawdopodobnie przełożyłoby się na praktyczne korzyści (praca, publikacje). Postaram się.
Fotka z przyjęcia u wice rektora. Poza tym, że rozdał stypendystom dyplomy i starał się ich (nas) upić, to wspomniał jeszcze nowe promocyjne wideo Helsingin Yliopisto. Wrzuciłam je już, co prawda, na facebooka, ale gdyby ktoś przegapił i chciał nadrobić, zapraszam tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=rU232NPDVtQ&feature=player_embedded. Jaram się przeokrutnie i uważam, że PR zrobił naprawdę świetną robotę. Wice rektor stwierdził, że aż zbyt świetną. Że naprawdę nie jest aż tak cudownie, zostało jeszcze wiele rzeczy do poprawienia, a on wolałby żeby pokazywali rzeczywistość. Ach, ta fińska skromność. W Polsce nikomu by to nie przeszło przez gardło.

Jeszcze tylko szybko nawiążę do tematu obiecanego w tytule. Czasem czuję, że budzi się we mnie wewnętrzny nazista. Naprawdę. Trochę się tego boję, a trochę uważam za usprawiedliwione. Bo na każdych zajęciach mamy tyle interesujących, ważnych i naprawdę mądrych tematów do poruszenia. I z reguły nawet ich nie dotykamy, bo dyskusje o rumuńskim Tańcu z Gwiazdami i japońskich telenowelach ciągną się w nieskończoność. Znaczy, to oczywiście bardzo fajne, że jeżeli chcę wiedzieć, jak "Przyczajony tygrys, ukryty smok" był odebrany w Chinach mogę zapytać Chinkę siedzącą tuż za mną, a o odbiorze Al-Jazeery w krajach muzułmańskich opowie mi stojąca obok Iranka. To rozwijające. Ale przecież nie można w kółko dywagować o przykładach, kiedy nie wie się, czego tak naprawdę dowodzą! Czasami mam wrażenie, że tracimy czas. 
A czasami zapominam o tym, że otaczają mnie ludzie, którzy dotąd żyli w zupełnie innej niż ja rzeczywistości, których kultura prawdziwie różni się od mojej. I kiedy tak sobie dywagujemy światopoglądowo, wyrażam swoje opinie jak zwykle, czyli ostro i nieco agresywnie, zupełnie zapominając, że mogę tym kogoś urazić. Ale to chyba kwestia wprawy. Zresztą nikt się jeszcze na mnie nie obraził, więc może nie jest aż tak źle.

Generalnie, będąc tutaj ciągle uczę się nowych rzeczy. Ostatnio dowiedziałam się, że przez całe życie źle wieszałam papier toaletowy.

poniedziałek, 19 września 2011

epizod IV: szkolna rzeczywistosc

Kolejny wtorek. Znowu 8 rano i - jak zwykle - Aleksandria pelna freakow, ktorzy od samego rana zakuwaja i drukuja materialy. Albo siedza na Facebooku.
Przyznaje sie bez bicia, ze nadal nie mam zadnych zdjec. Mialam kupic aparat, ale nie kupilam. Wykonanie planu odroczone, ale nie odwolane.
Troche szkoda, ze nie udokumentowalam zeszlo tygodniowego bankietu. Wszyscy wygladalismy bardzo ladnie! Przynajmniej do momentu, w ktorym szampan nie uderzyl nam do glow. No dobrze, nie wszystkim. Mnie, Finowi, Rosjaninowi i Wenezuelce. Cztery z siedmiu osob, prawie jak w domu. W ogole to chyba pokochalam bankiety! Zwlaszcza takie, na ktorych mowia po finsku (czuje sie usprawiedliwiona, ze ich nie slucham), czestuja wykwintnym jedzeniem (w Finlandii spedzilam juz przeciez kilka chwil, a pierwszy raz natknelam sie na zmaterializowane mieso renifera - wczesniej istnialo jakby tylko w masowej wyobrazni moich znajomych) i upijaja drogim szampanem. Serio, to wlasnie robili kelnerzy. Nawet kiedy probowalo sie ich przekonac, ze "no, no, no, I'm fine", oni z szerokim usmiechem napelniali twoj kieliszek. Dodajac przy tym, ze przeciez nic nie moze sie zmarnowac.
Najwyrazniej opinia o studentach w Finlandii nie rozni sie bardzo od tej, ktora mamy w Polsce.
Och, tyle, ze finscy studenci sa sponsorowani przez panstwo. 400 eurosow miesiecznie nie wystarczy, co prawda, zeby przezyc, ale pomaga sie w tym zyciu rozerwac. Z ciekawszych rzeczy, podobno jako obywatelka jednego z krajow czlonkowskich UE takze moge sie ubiegac o takie kieszonkowe. I podobno wystarczyloby mi do tego mieszkanie z obywatelem finskim. Malo to prawdopodobne, ale przeciez nie moge odrzucic takiej ewentualnosci dopoki gruntownie jej nie sprawdze. Zwlaszcza, ze nawet nie za bardzo musialabym oszukiwac.

Tak w ogole to za 10 dni sie przeprowadzam. Gdyby decyzja nie zapadla ponad miesiac temu, to teraz raczej bym jej nie podjela. Troche przeraza mnie perspektywa wejscia w blizsze kontakty z rzeczywistoscia. Lubie ten szklany klosz, ktory sobie zbudowalismy. Odpowiada mi to odrealnienie, w ktorym jestem calkowicie bezpieczna i bezgranicznie szczesliwa. Czuje sie troche jak Alicja w Krainie Czarow. Wiem, ze oddalilam sie nieco od prawdziwego zycia, ale po co komu prawdziwe zycie, kiedy przypadkiem znalazlo sie w bajce?
Oczywiscie jest tez druga strona medalu. Moze powinnam oceniac swoje uczucia na chlodno, nabrac dystansu, spojrzec na zwiazek z troche dalszej perspektywy. Nie moge przeciez budowac calego swojego nowego zycia na relacji z jedna osoba i tylko na niej opierac swojego poczucia bezpieczenstwa.
Tyle, ze wlasnie tego bym teraz chciala. Naprawde czuje sie na swoim miejscu. Tak, jakbym to wlasnie tutaj i w takim punkcie powinnam byc od dawna.

A poza tym w Meilahti bede miala duzo mniejsza lazienke. (Lazienke roboczo nazwana krolewska. A to dlatego, ze - przy odrobinie wysilku - da sie wziac prysznc siedzac na tronie. Serio. Zapraszam miedzy pazdziernikiem a koncem stycznia, mozna przekonac sie na wlasnej skorze).

Jezeli wszystko bedzie dobrze, to przeciez moge wrocic do Vantaa. Cztery miesiace to w koncu nie wiecznosc.

No tak. A mialo byc o szkole. No to troche bedzie. Bo szkola zaczela sie juz na serio. Chociaz nie mam duzo zajec, to na uniwersytecie spedzam osiem-dziesiec godzin dziennie. Coz, uroki mieszkania tam, gdzie diabel mowi dobranoc.
Zaczelam juz kurs finskiego, ale na razie idzie jak po grudzie (ale raczej nie mnie, tylko systemowi) i dlatego planuje prywatne lekcje w domowym zaciszu.
W zeszlym tygodniu mialam najlepszy w zyciu wyklad z etnografii (pomimo tego, ze tematem byla - malo przeciez ekscytujaca - metodologia), a wczoraj zaczelam bardzo intensywny (10 sesji w ciagu tygodnia), ale swietnie zapowiadajacy sie kurs dotyczacy roli mediow w sytuacjach kryzysowych. No, mniej wiecej. Simon Cottle jest specjalista w swojej dziedzinie, sprawnym oratorem i bardzo madrym czlowiekiem. A do tego ten akcent.
Yhm.
Zreszta, poki co, finski sposob nauczania odpowiada mi w (prawie) stu procentach. Brak bzdurnych egzaminow, ocenianie na podstawie esejow i artykulow - czyli wlasnych przemyslen i samodzielnej pracy. Albo 5 punktow ECTS za udzial w pieciu sesjach (z czego trzy to wyklady prowadzone przez przystojnych Finow, a dwie - wycieczki do radia i gazety) i piec - moze szesc - komentarzy w Moodle.

Naprawde nie wiem czy kiedykolwiek bylam szczesliwsza!

poniedziałek, 12 września 2011

epizod III: en puhu suomea

Ta godzina faktycznie jest dosc chora. Zegar wskazuje 8:25, a ja siedze w uniwersyteckim Aleksandria Learning Centre. Kiedy wchodzilam do budynku prawie pol godziny temu na zewnatrz siapil deszcz. Moze to ta pogoda, a moze zmeczenie, ale pod powiekami czuje piasek. Do spotkania z kierownikiem programu MGC zostalo jeszcze poltorej godziny. Chyba powinnam udac sie gdzies w kierunku automatu z herbata.
No i wlasnie. En puhu suomea. To naprawde dziwne, kiedy wokol wszyscy mowia jezykiem, ktorego nie rozumiesz. Przed chwila udzielilam instrukcji obslugi komputera. Wczoraj pierwszy raz robilam zakupy bez finskiej obstawy. A helsinskie ulice zastawione sa rusztowaniami i sprzetem budowlanym. Nawet elewacja Aleksandrii przechodzi wlasnie jakies modernizacje. Skutkuje to zachwianiem mojego poczucia bezpieczenstwa. Gdyby cos mialo mi spasc na glowe, to przeciez i tak nie zrozumialabym ostrzezenia.
Chociaz w zasadzie nie sadze, zeby mojej glowie moglo jeszcze cokolwiek zagrozic. Zepsulam ja w Kotce.

No bo tak. To byl moj trzeci weekend w Finlandii i pierwszy poza Helsinkami. Poika zabral mnie do swojego rodzinnego miasta i domku letniskowego rodzicow. Tak, rzeczonych rowniez poznalam. Swoja droga dosc dziwne doswiadczenie. Pomijajac juz ekspresowe tempo w jakim wszystko sie toczy, to ojciec nie mowi po angielsku. Czulam sie dosc niezrecznie nie mogac zamienic z nim ani slowa. Ale on sie chyba tym za bardzo nie przejal - zdaje sie, ze wyjatkowo wystarczyl mu fakt, ze jestem mloda.
Hm, po namysle stwierdzam, ze to brzmi bardzo zle.
Ale, dajcie spokoj, kto nie uleglby czarowi urokliwej finskiej chatki calej w pastelach? Takiej, ktora od morza dzieli 15 metrow, a od lasu 20? Z pieknym widokiem na Baltyk, roztaczajacym sie z okna w salonie? Na Baltyk, w ktorym zlowiono specjalnie na twoj przyjazd swiezego lososia (w najgorszym wypadku to swietna bajera)? Kto oparlby sie prawdziwej finskiej saunie? Tak, wlasnie w ten sposob zostalam ugotowana.
I nie ma nawet wiekszego znaczenia, ze nastepnego dnia rano zmuszono mnie do mrozacej krew w zylach przejazdzki quadem. Ani to, ze sama zmusilam do zbierania grzybow. (Co, swoja droga, i tak okazalo sie porazka, bo te dziwaki zbieraja tutaj grzyby, ktorych nigdy wczesniej nie widzialam na oczy i ktorych balam sie dotknac. Ignoruja za to wszystkie DORODNE maslaki, prawdziwki, borowiki. No i takie tam. Podgrzybki jeszcze znam, o.)
No i Kotka sama w sobie tez jest pieknym miastem! Przynajmniej na tyle, na ile pozwolily mi to ocenic skacowane zmysly. W niedziele trafila nam sie cudna pogoda - cieplo i slonecznie. A, uwierzcie mi, to nie jest typowa finska jesien.
Typowa finska jesien jest dzisiaj: zimno i mokro. Mrauu. Chociaz i tak nie mam powodow do narzekan - w tym roku jest wyjatkowo lagodnie.
Tak sobie mysle, ze weekend spedzilam w towarzystwie starych Finow: rodzice poiki, jego znajomi (moze jeszcze nie w podeszlym wieku, ale wciaz troche ode mnie starsi), rodzice jego znajomych. Zabawne jakie rozmowy mozna toczyc, laczac ze soba finski, angielski i polski (ten ostatni to pamiatka z alkoholowych wycieczek), zapijajac je polska wodka, finskim piwem i wloskim winem.
Potem bylam jeszcze w jakims klubie, ale moje wiadomosci stamtad ograniczaja sie do faktu, ze walnelam sie w glowe. Tak porzadnie. Guz wielkosci piesci to w koncu nie przelewki.

Mam za soba juz pierwsze zajecia. Finski i Introduction to Media and Global Communication. Chwilowo skupiam sie na tym, ze potrzebuje czasu, zeby wdrozyc sie w uczelniany rytm. Poltorej godziny znowu wydaje sie katorga dla mojej uwagi, a tutaj jeszcze mowia do ciebie w obcym jezyku. Kwestia przyzwyczajenia jak sadze. Ale wszystko zapowiada sie naprawde niezle. Nic mi nie wiadomo o nadciagajacych bzdurnych egzaminach (podstawa zaliczen sa tutaj raczej eseje i memos), w ramach zajec Helsingin Sanomat Founadtion organizuje nam konferencje i seminaria z udzialem swiatowej slawy specjalistow (podczas ktorych za obecnosc dostajemy ECTSy), a plan zajec moge ulozyc wlasciwie zgodnie z wlasnym widzimisie. Za godzine mamy spotkanie z kierownikiem programu, ktora - w dluzszej nieco perspektywie - ma nam te plany studiow klepnac. W tym termie zapisalam sie na, bodaj, siedem przedmiotow, w tym Finnish Way of Life i Finnish Media System. Naprawde chce miec minor z Finnish Culture and Society. Ale zobaczymy.
Zaprojektowanie programu studiow jest jednym z warunkow koniecznych dla otrzymania stypendium. Grant zostal mi juz co prawda przyznany, jednak musze im jeszcze pokazac, ze w ogole cokolwiek robie. Zrobie wiec - 1500 eurosow piechota nie chodzi. A jakze moja proznosc polechtalo to zdanie: This year over fifty talented, international students receive the grant. Zwlaszcza talented part brzmi dobrze.
No i z tej okazji wicerektor organizuje bankiet. Czuje sie prawie elitarnie.
Ale wczesniej jest jeszcze jeden bankiet. W czwartek. Helsingin Sanomat (to najwieksza, najpoczytniejsza i najbardziej wplywowa finska gazeta, gdyby ktos nie wiedzial) organizuje jakas impreze programowa i studenci MGC sa zaproszeni. Wspolnie z najlepszymi dziennikarzami w kraju bedziemy objadac sie wyszukanymi przekaskami i opijac darmowym alkoholem. Rany, wyobrazacie sobie, zeby Uniwersytet Warszawski zorganizowal nam cos takiego?

Och, starczy juz tych zachwytow! Pewnie niedlugo i tak sie znudze i rozczaruje, wiec niewarto byc goloslowna. A poza tym juz najwyzszy czas opuscic przytulna i ciepla Aleksandrie. Deszcz i mrok wzywaja. No i Faculty of Social Sciences tez.

A w ogole to wstalam dzisiaj o 6, zeby o 8 Micra dostarczyla mnie z Vantaa do Helsinek.
Tak, to zdecydowanie czas na pobudzajaca herbatke!

wtorek, 6 września 2011

epizod II: zmiany, zmiany

Strasznie mnie drazni brak polskich znakow na finskiej klawiaturze. Ale nie ma co wybrzydzac - aktualizacja sie nalezy.
Pierwszy raz od jakiegos tygodnia mam nareszcie chwile dla siebie.
Ale od poczatku.
Wyjezdzajac z Polski spodziewalam sie zmian w moim zyciu. To zreszta oczywiste i wszyscy doskonale wiedza, ze taki byl moj glowny cel. W koncu nowy kraj, nowe miasto, nowe miejsca, zupelnie nowi ludzie. Nie przypuszczalam jednak, ze zmiany beda tak diametralne i ze taki akurat obiora kierunek.
Przez ten ostatni tydzien zaliczylam duzo finskich "pierwszych razow".
Pierwszy raz na uczelni. Nieco mieszane uczucia. Nie to zeby bylo zle, bynajmniej. Potwierdzilo sie wszystko to na co mialam nadzieje: ze studiow w zasadzie nie da sie wyleciec, oceny nie sa szczegolnie wazne, ale mozna poprawiac egzaminy, oblane kursy nie sa wpisywane w transkrypt, liczy sie samodzielna praca, a nie obecnosc na zajeciach. Ponadto nauczyciele, z ktorymi mielismy male get-together w piatek sprawiaja wrazenie wyluzowanych i inteligentnych jednoczesnie (swoja droga niezwykle rzadkie polaczenie). Stosunki na wydziale sa zreszta ponoc dosc zazyle - wszyscy sa po imieniu i takie tam. Nie jestem zwolenniczka skracania akademickiego dystansu, ale w tym wypadku to pani koordynator biegala miedzy studentami z wielka butelka wina. Dolewala znaczy sie. Niesamowite.
Mam tylko taka mala obawe, ze ta miedzynarodowa grupa (poza mna: Fin, Rosjanin, Rosjanka, Chinczyk, Kanadyjka, Wenezuelka, Iranka), z ktora bede studiowac moze nie sprostac moim oczekiwaniom. Znaczy, sa mili, sympatyczni i nic zlego nie robia, ale ich towarzystwo jest jakies takie malo ekscytujace. Czytaj: znamy sie od piatku, a jeszcze razem nie pilismy.
Ale to w zasadzie moze byc moja wina.
Pierwsza randka. Chociaz z moich dotychczasowych doswiadczen wynika, ze ciezko jest randkowac, kiedy mieszka sie razem. Niemniej jednak urocza nadmorska kawiarenke (podobno najlepszy widok w Helsinkach), goraca czekolade i babeczki chyba tak wlasnie mozna nazwac. I to sprawia, ze czas na jakakolwiek integracje z kimkolwiek mam jedynie w dni powszednie miedzy 8 rano a 16 (czasami 18). Reszta tygodnia jest zarezerwowana dla pewnego uroczego eks-dziennikarza. O rany, naprawde. Nie podejrzewalam, ze pierwsza rzecza jaka zrobie po przyjezdzie bedzie znalezienie faceta. A jednak tak wlasnie sie stalo. To do mnie niepodobne. Jedyne, co mozna bylo przewidziec to odwrocona kolejnosc zdarzen: najpierw razem zamieszkalismy, a pozniej sie zeszlismy. A to wszystko w jakies 4 dni. I tak sobie trwa.
Moje zycie stoi na glowie.
Ale jestem z tego powodu bardzo szczesliwa. Ani przez chwile nie czulam sie samotna. A tego wlasnie obawialam sie przed przyjazdem. Samotnosci, zwlaszcza na poczatku.
Bylam smutna. Wczoraj, kiedy przez jakies siedem godzin siedzialam na posterunku policji. Otoczona gromada uchodzcow mowiacych w jezykach, ktorych nawet nie moglam zidentyfikowac ze stu procentowa pewnoscia. Naprawde, to dosc okropne miejsce. Kippis dla finskiej biurokracji! Koniec koncow jednak zalatwilam, co mialam zalawic. A on mnie przytulil i obrocil wszystko w zart. Moze to niedojrzale zachowanie, ale przestalam byc smutna i zmarznieta. Chociaz nadal burczalo mi w brzuchu.
Rany, to wszystko dzieje sie tak szybko, nie wiem do czego moze doprowadzic. Zreszta wcale sie nad tym nie zastanawiam. So far, so good, wiec szkoda czasu na myslenie.
Prawda jest taka, ze chwilowo moje zycie nie jest szczegolnie ekscytujace. A jednoczesnie jest. Zadomowiam sie tutaj i to akurat idzie mi naprawde niezle.
Podsumowujac: jestem szczesliwa.

Update: jest jeszcze lepiej! Wlasnie dostalam wiadomosc, ze moja nowa szkola przyznala mi stypendium!

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

epizod I: jak zacząć

No właśnie. To zawsze aktualne i trafne pytanie - jak zacząć?
Dla mnie początek okazał się dość traumatyczny, co było z kolei nielada zaskoczeniem. Trzy noce przed wyjazdem spałam bardzo źle, dwa dni prawie nie jadłam, płakałam. Naprawdę, jak przedszkolak. Ale jednak układanie sobie życia w zupełnie nowym miejscu, gdzie dzicy ludzie mówią swoim barbarzyńskim językiem, to trochę wyzwanie. Zaczynałam nawet wątpić czy to w ogóle zrobię, a z lotniska miałam ochotę uciec co najmniej trzy razy (zwłaszcza wtedy, kiedy okazało się, że czeka mnie dość poważne przepakowywanie - bo skąd niby miałam wiedzieć co się pakuje, wyjeżdżając na dwa lata?). W każdym razie przynajmniej Fokker 50 okazał się wcale nie taki straszny. Przy okazji oflagowałam ryżański port lotniczy (w nie takim jak zwykle sensie) i bezpiecznie dotarłam na lotnisko Helsinki, Vantaa. Tam z kolei najadłam się trochę strachu, kiedy moja walizka przez 20 minut nie pojawiała się na taśmie. To natomiast zaćmiło mi umysł na tyle, że zamiast do wyjścia poszłam do innego terminala (a może terminalu?). Pomijając już niemal kilometrową wędrówkę z bagażem o wadze jakichś czterdziestu kilogramów, pojawił się także inny problem. Musiałam wytłumaczyć swojemu wspaniałemu hostowi, który wyjechał po mnie na lotnisko (<3), gdzie jestem - czego właściwie nie wiedziałam. Jednak i z tym sobie poradziliśmy.
Wbrew przewidywaniom i oczekiwaniom wszystkich moich znajomych, Finlandia przywitała mnie słońcem i upałem. A ja z kolei Finlandię przywitałam jak zwykle - z butelką w ręku. Korzystając z cudownej pogody i wciąż stosunkowo długiego dnia (teraz słońce zachodzi w Helsinkach około 21), wybraliśmy się na piknik do parku, o którym nie mam pojęca gdzie jest ani tymbardziej jak się nazywa. Było sporo ludzi, jedzących i pijących (to wspaniałe, że chociaż w Finlandii picie alkoholu w miejscach publicznych jest zabronione, zakaz ten nie obowiązuje przy piknikowaniu! Albo przynajmniej policja wtedy nie reaguje), aż do chwili, kiedy nie włączyły się spryskiwacze. Wtedy park natychmiast opustoszał, a my przenieśliśmy się do jakiegoś klubu - podobno najbardziej teraz topowego. Tam znowu pobiłam swój rekord - 7 eurosów za piwo! Nic jednak nie zdziwiło mnie aż tak, jak kolejka do taksówek. Baaaardzo długa kolejka.
Niestety przesadziłam trochę z tym "na żywo". Stream to to nie jest. Ale mam teraz tyle rzeczy na głowie, tyle spraw do załatwienia i ogarnięcia (na przykład ceny biletów - kupiłam dzisiaj, różową!, kartę miejską i chciałam tak, żeby było taniej, jednak w rezultacie zamiast 2,5 euro za podróż do Vantaa zapłaciłam 3,73 euro. A mogłam, tak jak wczoraj zrobiłam to przypadkowo, oszukać państwo fińskie i kupić bilet na jedną tylko strefę!). Przeżyłam już także pierwsze starcie z fińską iurokracją. Jest ona mniej więcej tak samo rozbudowana jak polska, jednak - na całe szczęście - dużo przystępniej i zmyślniej zorganizowana.
Otóż, muszę zarejestrować pobyt. I za radą uniwersyteckiego orientation handbook udałam się w tym celu na drugi koniec świata od Vantaa (naprawdę przydałyby się mapki): prawie pół godziny samochodem do centrum i dwadzieścia minut kolejką podmiejską mówią same za siebie. I ogólnie 5 euro w plecy. Czekałam trzy godziny w warunkach istnej wieży Babel - serio, tyle języków i kolorów skóry, że niemal rozbolała mnie głowa - tylko po to, żeby dowiedzieć się, że pan mnie nie może zarejestrować, bo pomieszkuję w Vantaa. Dlatego jutro czeka mnie kolejna wycieczka na komisariat policji. I takie tam.
(Mam tylko nadzieję, że będę mogła pospać dłużej niż do 6 - nie wyspałam się już co najmniej od tygodnia, a przecież jeszcze nie zaczęły się zajęcia!)
A od jutra będzie działał mój uczelniany adres mailowy - kinga.polynczuk@helsinki.fi. To dużo wygodniejsze niż @poczta.student.uw.edu.pl, czyż nie?
Byłam dzisiaj w uniwersyteckim centrum naukowym: trochę moloch, w ogóle milony budynków, ale myślę, że dam radę to ogarnąć. Tak jak - jakmiś cudem - daję sobie radę w centrum Helsinek: idąc na chybił trafił, trafiam do celu. Nowe miasto to zawsze coś niezwykłego.
A wiecie co jest chyba najważniejsze?
To, że siedząc dzisiaj chwilę na schodach przy Placu Senackim, poczułam się szczęśliwa: to dziwne miasto, dzicy ludzie, 19-letni żołnierze kwestujący na ulicach, porty, które jakimś cudem nie śmierdzą rybą (dobrze, cud polega na tym, że nie cumują tam kutry rybackie), te wszystkie napisy, których nie rozumiem - za jakiś czas to wszystko będzie przecież naprawdę MOJE.
A przecież właśnie tego chciałam.
Nieważne nawet, że teraz pada.