poniedziałek, 19 września 2011

epizod IV: szkolna rzeczywistosc

Kolejny wtorek. Znowu 8 rano i - jak zwykle - Aleksandria pelna freakow, ktorzy od samego rana zakuwaja i drukuja materialy. Albo siedza na Facebooku.
Przyznaje sie bez bicia, ze nadal nie mam zadnych zdjec. Mialam kupic aparat, ale nie kupilam. Wykonanie planu odroczone, ale nie odwolane.
Troche szkoda, ze nie udokumentowalam zeszlo tygodniowego bankietu. Wszyscy wygladalismy bardzo ladnie! Przynajmniej do momentu, w ktorym szampan nie uderzyl nam do glow. No dobrze, nie wszystkim. Mnie, Finowi, Rosjaninowi i Wenezuelce. Cztery z siedmiu osob, prawie jak w domu. W ogole to chyba pokochalam bankiety! Zwlaszcza takie, na ktorych mowia po finsku (czuje sie usprawiedliwiona, ze ich nie slucham), czestuja wykwintnym jedzeniem (w Finlandii spedzilam juz przeciez kilka chwil, a pierwszy raz natknelam sie na zmaterializowane mieso renifera - wczesniej istnialo jakby tylko w masowej wyobrazni moich znajomych) i upijaja drogim szampanem. Serio, to wlasnie robili kelnerzy. Nawet kiedy probowalo sie ich przekonac, ze "no, no, no, I'm fine", oni z szerokim usmiechem napelniali twoj kieliszek. Dodajac przy tym, ze przeciez nic nie moze sie zmarnowac.
Najwyrazniej opinia o studentach w Finlandii nie rozni sie bardzo od tej, ktora mamy w Polsce.
Och, tyle, ze finscy studenci sa sponsorowani przez panstwo. 400 eurosow miesiecznie nie wystarczy, co prawda, zeby przezyc, ale pomaga sie w tym zyciu rozerwac. Z ciekawszych rzeczy, podobno jako obywatelka jednego z krajow czlonkowskich UE takze moge sie ubiegac o takie kieszonkowe. I podobno wystarczyloby mi do tego mieszkanie z obywatelem finskim. Malo to prawdopodobne, ale przeciez nie moge odrzucic takiej ewentualnosci dopoki gruntownie jej nie sprawdze. Zwlaszcza, ze nawet nie za bardzo musialabym oszukiwac.

Tak w ogole to za 10 dni sie przeprowadzam. Gdyby decyzja nie zapadla ponad miesiac temu, to teraz raczej bym jej nie podjela. Troche przeraza mnie perspektywa wejscia w blizsze kontakty z rzeczywistoscia. Lubie ten szklany klosz, ktory sobie zbudowalismy. Odpowiada mi to odrealnienie, w ktorym jestem calkowicie bezpieczna i bezgranicznie szczesliwa. Czuje sie troche jak Alicja w Krainie Czarow. Wiem, ze oddalilam sie nieco od prawdziwego zycia, ale po co komu prawdziwe zycie, kiedy przypadkiem znalazlo sie w bajce?
Oczywiscie jest tez druga strona medalu. Moze powinnam oceniac swoje uczucia na chlodno, nabrac dystansu, spojrzec na zwiazek z troche dalszej perspektywy. Nie moge przeciez budowac calego swojego nowego zycia na relacji z jedna osoba i tylko na niej opierac swojego poczucia bezpieczenstwa.
Tyle, ze wlasnie tego bym teraz chciala. Naprawde czuje sie na swoim miejscu. Tak, jakbym to wlasnie tutaj i w takim punkcie powinnam byc od dawna.

A poza tym w Meilahti bede miala duzo mniejsza lazienke. (Lazienke roboczo nazwana krolewska. A to dlatego, ze - przy odrobinie wysilku - da sie wziac prysznc siedzac na tronie. Serio. Zapraszam miedzy pazdziernikiem a koncem stycznia, mozna przekonac sie na wlasnej skorze).

Jezeli wszystko bedzie dobrze, to przeciez moge wrocic do Vantaa. Cztery miesiace to w koncu nie wiecznosc.

No tak. A mialo byc o szkole. No to troche bedzie. Bo szkola zaczela sie juz na serio. Chociaz nie mam duzo zajec, to na uniwersytecie spedzam osiem-dziesiec godzin dziennie. Coz, uroki mieszkania tam, gdzie diabel mowi dobranoc.
Zaczelam juz kurs finskiego, ale na razie idzie jak po grudzie (ale raczej nie mnie, tylko systemowi) i dlatego planuje prywatne lekcje w domowym zaciszu.
W zeszlym tygodniu mialam najlepszy w zyciu wyklad z etnografii (pomimo tego, ze tematem byla - malo przeciez ekscytujaca - metodologia), a wczoraj zaczelam bardzo intensywny (10 sesji w ciagu tygodnia), ale swietnie zapowiadajacy sie kurs dotyczacy roli mediow w sytuacjach kryzysowych. No, mniej wiecej. Simon Cottle jest specjalista w swojej dziedzinie, sprawnym oratorem i bardzo madrym czlowiekiem. A do tego ten akcent.
Yhm.
Zreszta, poki co, finski sposob nauczania odpowiada mi w (prawie) stu procentach. Brak bzdurnych egzaminow, ocenianie na podstawie esejow i artykulow - czyli wlasnych przemyslen i samodzielnej pracy. Albo 5 punktow ECTS za udzial w pieciu sesjach (z czego trzy to wyklady prowadzone przez przystojnych Finow, a dwie - wycieczki do radia i gazety) i piec - moze szesc - komentarzy w Moodle.

Naprawde nie wiem czy kiedykolwiek bylam szczesliwsza!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz