piątek, 30 września 2011

epizod V: jesienne multi-kulti

Złotą polską jesień mamy w Finlandii. I tak, to widok z mojego okna, więc technicznie rzecz biorąc mieszkam w lesie. Drzewa szumią i gubią liście, wiewiórki biegają po chodnikach, samochodów właściwie nie słychać. Tylko samoloty, bo helsińskie lotnisko znajduje się właśnie w Vantaa. Niedługo za to przeprowadzę się do bloku znajdującego się przy najbardziej ruchliwej ulicy Helsinek (a przynajmniej najbardziej ruchliwej spośród tych, które zdążyłam zobaczyć). Tam też jest właściwie spokojnie - w końcu z Helsinek żadna metropolia - ale lasu już nie będzie. No dobrze, będzie. Ale mniejszy i po drugiej stronie ulicy.

Czuję, że to ostatnie chwile mojej - cóż za szumne określenie - wolności. Serio, studiowanie tutaj to nie biwak. Niby nikt nas nie ciśnie ani nie wymachuje nam batem nad głową, ale tempo jest niesamowite. Minęły dopiero cztery tygodnie roku akademickiego (jedynie trzy tygodnie zajęć), a jesteśmy już w połowie period czyli musimy powoli startować z zaliczeniami. Dlatego już od dzisiejszego popołudnia zaprzęgam się w kierat pracy z ambitnym postanowieniem:
- streszczenie na academic writing,
- co najmniej dwa memo na introduction to media and global communication,
- poważny start z esejem global crisis reporting (właśnie, tutaj pojawia się pewien problem - chciałabym wykorzystać do tego polską literaturę, ale nie wiem dokładnie jak tłumaczone jest pojęcie "hidden wars" - ktoś pomoże?),
- fiński, fiński, fiński!

I żadnego X-boxa (rany, spędziłam z poiką cały wieczór grając na tym ustrojstwie - swoją drogą, facet może mieć skończone 30 lat, a i tak wciąż oszukiwać: niezdrowa potrzeba rywalizacji nie mija im z wiekiem), żadnych imprez, żadnych filmów (tutaj muszę nadmienić, że oglądanie islandzkich filmów "dokumentalnych" w fińskich klubach ma naprawdę niesamowity klimat - nordycka nostalgia i melancholia dotyka właściwie podwójnie), żadnych spacerów. I w ogóle nic. Tylko ciężka praca.

Rany, w końcu nie na darmo (i nie za darmo) dostałam od nich całkiem okrągłą sumkę. Chyba dość wysoko mnie ocenili i pierwszy raz w życiu czuję, że naprawdę chcę to udźwignąć. Znaczy się przyłożyć i osiągać dobre wyniki. Zresztą to prawdopodobnie przełożyłoby się na praktyczne korzyści (praca, publikacje). Postaram się.
Fotka z przyjęcia u wice rektora. Poza tym, że rozdał stypendystom dyplomy i starał się ich (nas) upić, to wspomniał jeszcze nowe promocyjne wideo Helsingin Yliopisto. Wrzuciłam je już, co prawda, na facebooka, ale gdyby ktoś przegapił i chciał nadrobić, zapraszam tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=rU232NPDVtQ&feature=player_embedded. Jaram się przeokrutnie i uważam, że PR zrobił naprawdę świetną robotę. Wice rektor stwierdził, że aż zbyt świetną. Że naprawdę nie jest aż tak cudownie, zostało jeszcze wiele rzeczy do poprawienia, a on wolałby żeby pokazywali rzeczywistość. Ach, ta fińska skromność. W Polsce nikomu by to nie przeszło przez gardło.

Jeszcze tylko szybko nawiążę do tematu obiecanego w tytule. Czasem czuję, że budzi się we mnie wewnętrzny nazista. Naprawdę. Trochę się tego boję, a trochę uważam za usprawiedliwione. Bo na każdych zajęciach mamy tyle interesujących, ważnych i naprawdę mądrych tematów do poruszenia. I z reguły nawet ich nie dotykamy, bo dyskusje o rumuńskim Tańcu z Gwiazdami i japońskich telenowelach ciągną się w nieskończoność. Znaczy, to oczywiście bardzo fajne, że jeżeli chcę wiedzieć, jak "Przyczajony tygrys, ukryty smok" był odebrany w Chinach mogę zapytać Chinkę siedzącą tuż za mną, a o odbiorze Al-Jazeery w krajach muzułmańskich opowie mi stojąca obok Iranka. To rozwijające. Ale przecież nie można w kółko dywagować o przykładach, kiedy nie wie się, czego tak naprawdę dowodzą! Czasami mam wrażenie, że tracimy czas. 
A czasami zapominam o tym, że otaczają mnie ludzie, którzy dotąd żyli w zupełnie innej niż ja rzeczywistości, których kultura prawdziwie różni się od mojej. I kiedy tak sobie dywagujemy światopoglądowo, wyrażam swoje opinie jak zwykle, czyli ostro i nieco agresywnie, zupełnie zapominając, że mogę tym kogoś urazić. Ale to chyba kwestia wprawy. Zresztą nikt się jeszcze na mnie nie obraził, więc może nie jest aż tak źle.

Generalnie, będąc tutaj ciągle uczę się nowych rzeczy. Ostatnio dowiedziałam się, że przez całe życie źle wieszałam papier toaletowy.

2 komentarze:

  1. kupilam aparat (calkiem ladny, czerwony - bo w rozu ten model nie wsyetpuje), to i jakies foteczki beda od czasu do czasu :)
    zapomnialam wspomniec, ze w kolejny piatek jedziemy do tallina, wiec stamtad powinnam przywiezc cos wiecej.

    OdpowiedzUsuń